Artykuły

Sztuka vs internet

Aleksandra Doligalska

Wydaje się, że internet i „kultura wyższa” to dwie, zupełnie różne bajki. Zastanawialiście się kiedyś, jak je ze sobą połączyć, aby żadnej niczego nie odebrać? Czy można zachęcić miłośników scrollowania instagrama do przescrollowania wystawy na żywo? Czy w ogóle jest sens próbować spleść te dziedziny? A jeśli jest, to czy upowszechnienie sztuki bardziej jej pomoże czy zaszkodzi? Jeśli uważacie, że warto pochylić się nad tymi zagadnieniami, to cóż, nie jesteście sami. Coraz więcej instytucji również się nad tym zastanawia.

Internet w muzeum

Krzysztofa Gonciarza raczej nie trzeba nikomu przedstawiać. Znany szerokiej publiczności twórca internetowy; autor filmów o milionowych odsłonach; podróżnik i współzałożyciel firmy Tofu Media. W tym roku zadebiutował w jeszcze jednej roli. 12 lipca 2019 roku w krakowskim Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha otworzył swoją pierwszą wystawę, Tokio 24. Mieściła się ona w trzech salach. Pierwsza z nich poświęcona była filmowi stworzonemu, na potrzeby wystawy, przez Gonciarza.  Ukazywał on życie miasta w ciągu 24 godzin, zarówno w skali makro jak i mikro, a każdej porze dnia towarzyszyła specjalnie skomponowana muzyka. Zapętlony film, wyświetlany był na dużym ekranie, przed którym leżały kamienie – pufy, zastępujące kinowe fotele. W drugiej sali prezentowano różne neony nawiązujące do ulic japońskiej metropolii. Z kolei w trzeciej, mogliśmy oglądać liczne instalacje, na których wyświetlano film. Wyjątkowości nadawał im fakt, że ze względu na ich różne elementy i kształty, emitowany obraz zniekształcał się, uniemożliwiając dwukrotne uchwycenie tego samego kadru na zdjęciu. Obie sale z instalacjami zostały zaaranżowane przez kuratorki wystawy- Joannę Habę i Monikę Pawłowską. Warto zauważyć, że nie była to pierwsza akcja artystyczna w Polsce, w którą zaangażowano youtuberów. W zeszłym roku w krakowskim MOCAKu Duet Muntean/Rosenblum, na wystawie Ranny, który może chodzić, zaprezentował kilka filmów współtworzonych m.in. z Hanią Sywulą, Kasią Gandor czy Weroniką Szymańską. W ramach współpracy artyści ucharakteryzowali twórców internetowych, a ci nagrali „typowe dla nich” filmy, które następnie wyświetlano w przestrzeni muzealnej.

Wystawa Tokio 24 była jednak inna. Główne dzieło prezentowane na niej zostało stworzone w całości przez youtubera, który po tym wydarzeniu zyskał miano artysty, nie tylko internetowego. Wystawa cieszyła się dużym zainteresowaniem. Odwiedziło ją ponad 36 tysięcy osób. Dla porównania, kilka lat temu w warszawskim Muzeum Narodowym zaprezentowano jedną z pierwszych w Europie, monograficzną wystawę Marka Rothki, uznanego amerykańskiego malarza, prezentującego nurt color field painting. Wystawa przyciągnęła nieco ponad 48 tysięcy zwiedzających, co biorąc pod uwagę wielkość nazwiska artysty, pokazuje jak dużym zainteresowaniem cieszyła się wystawa Krzysztofa Gonciarza. Przełamywała ona nieco tabu fotografowania na wystawach. W klasycznych muzeach, robienie zdjęć oraz przybieranie głupich póz lub min, przez niektórych jest postrzegane jako profanacja „sztuki wyższej”. Chociaż muzea coraz bardziej otwierają się na zróżnicowanych odbiorców, często zachęcając do nietypowych akcji, jest to raczej proces zachodzący powoli. Krakowska wystawa stanęła do tego w kontrze. Ona wręcz zachęcała do robienia zdjęć, niemalże stając się fotospotem. Tokio 24 to nie jedyny przykład eksperymentowania Krzysztofa Gonciarza ze sztuką. Gonkon, którego pomysłodawcą i organizatorem jest Gonciarz, to wydarzenie kulturalne łączące w sobie sztukę, kulturę i działania youtuberów. Dotychczas odbyły się dwie edycje. W każdej z nich, do współpracy nich zostali zaproszeni twórcy internetowi, którzy udowodnili, że ich działalność to znacznie więcej niż „filmy do internetu”. To co robią, zdecydowanie można określić artyzmem, bo pod względem produkcyjnym czy wizualnym, ich prace to często dzieła sztuki.

Wróćmy jednak do samej wystawy. Prezentowanie multimediów w przestrzeniach muzealnych rodzi pewne komplikacje, wynikające przede wszystkim z samej formy dzieł. Muzea są raczej nieprzystosowane do pokazywania rzeczy, które powstały cyfrowo. Często brakuje w nich przestrzeni, a ekspozycja ogranicza się jedynie do wyświetlenia materiału na ekranie. W przypadku Tokio24 zdecydowano się pokazać film na dużym, kinowym ekranie. Działanie to nie tylko lepiej oddało klimat metropolii, ale również sprawiło, że miasto niemal otaczało widzów.  Co więcej, dwie pozostałe sale również były utrzymane w jednakowym stylu, co sprawiało, że uczestnicy wydarzenia nawet po obejrzeniu filmu, jeszcze na chwilę pozostawali w nastroju charakterystycznym dla Tokio. Wystawa zebrała pozytywne opinie zarówno od ludzi zaangażowanych w sztukę, jak i od widzów samego youtubera. Pokazuje to, że te dwa, pozornie różne, światy można tak ze sobą połączyć, żeby zadowolić obie strony. Muzeum, kojarzone dotychczas z elitarną rozrywką przeznaczoną dla nielicznych, otworzyło swoje mury na popularną twórczość, nie lekceważąc jej dokonań i nie próbując wyśmiewać. Jednocześnie młodzi odbiorcy kultury internetowej mogli dobrze się poczuć w przestrzeni muzealnej, która choć na chwilę przestała być w ich oczach miejscem pełnym nadęcia. Miejscem, w którym trzeba zachować ciszę; nie wolno niczego dotknąć; a obsługa krzywo patrzy na próbę zrobienia zdjęcia. Okazuje się, że dla twórczości internetowej, mającej wartości estetyczne i edukacyjne, jest miejsce w instytucjach kulturalnych. A jej odbiorcy, nawet jeśli rzadko odwiedzają muzea, mogą odnaleźć w nich miejsce dla siebie.

Fragment artykułu “Sztuka vs internet” z grudniowego numeru SHEro 2019(1).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *