Artykuły

Seks, reklamy i krowie wymiona

Joanna Hoffmann

Bachanalia pełne pięknych materiałów i kunsztownych wzorów. Orgie niezwykłych połączeń kolorystycznych i misternych zdobień. Rozkochanie w trzcino-chudej delikatności i nieuchwytna zmienność tendencji. Fetysz piękna i młodości. Czasami niedostępny, ale dotyczący każdego. Czule i uważnie reagujący na wszelkie bodźce. Rutyna? Nie ma o niej mowy. Brzmi jak wstęp do wyświechtanego erotyka? A może jak opis całkiem udanego łóżkowego pożycia?

Nie. To nierozerwalny płaszcz zmysłowości, którym okrywa się moda. Tworząc sztukę, której się pragnie z niezaspokojonym, lubieżnym apetytem. A kiedy nie można jej posiąść, reklamy służą za dostępny erzac modowego pożądania, dając śliski papier zamiast czułości najlepszych materiałów; skutecznie sprzedając pozornie ekskluzywne uczucie masom. W mniej lub bardziej nachalny i naszpikowany podtekstami sposób.

Magazyny modowe wertuje się z hedonistyczną przyjemnością. Powoli, mrużąc powieki, przechadzając się wzrokiem po kolejnych stronach, jak pomiędzy obrazami w galerii. Niektóre mijając szybciej, inne zostawiając na później, by finalnie skupić wzrok na stronie, która bez pytania wyważa drzwi do naszych oczu i wdziera się prosto do umysłu. Mając za nic konwenanse i osobisty gust, zostaje z nami na długo. Budząc irytującą wręcz ciekawość. Szepcząc “zauważ mnie”, przejeżdżając koniuszkiem języka po wyobraźni odbiorcy. Rozpinając jednym ruchem transparentną koszulę wstydu, podając na palcu frywolną halkę prowokującej nagości. Pozostawiając w wiecznym stanie niezaspokojenia, dając ledwie ochłap

utrwalonej sceny – pobudzając do skonfrontowania reklamy z wizją projektanta i wytatuowania sobie logo domu mody w pamięci. To igra- nie z podstawowymi odruchami, które wyzwala ludzka ciekawość doprawiona seksualnym tabu – to niepohamowany i społecznie akceptowalny odruch zaglądania do cudzej alkowy. Parafrazując słynne pytania Diany Vreeland w końcu, dlaczego by nie sięgnąć po flakon Chanel No. 5, skoro sypiała z nimi sama Marylin Monroe?

Ale nim zerkniemy na współczesną modę przez glory hole, załóżmy na moment majtki i spójrzmy na wcześniejsze dekady. Choć seks i chęć obserwowania zjawisk seksualnych jest tak naturalna, jak zaczerpnięcie oddechu, w zasadzie przed lata- mi 80. nie możemy mówić o jawnych i soczyście dosłownych odniesieniach do seksu w przemyśle typowo modowym. Istniały oczywiście rażąco seksistowskie reklamy (jak inaczej nazwać reklamę stanika noszącą nazwę “wyjdź za milionera”?), czy tak popularne wówczas reklamy negatywne (reklama bielizny – “gruszka? nie istnieje taki kształt kobiety”), lub reklama męskich spodni prezentująca kobietę w formie dywanu z hasłem “dobrze mieć w domu kobietę”. Jednak samo przedstawianie projektów domów mody trzymało nobliwie skrzyżowane nogi do niemal lat 80.

Dlaczego? Teorii jest wiele, jednak wystarczy wspomnieć o tej najbardziej oczywistej – dorastający w kulturze obrazkowej yuppies (skrót od ang. Young Urban Professional) żyli w bańce teoretycznego luksusu i nieskończonych możliwości czasów prosperity. Power-dressing podkreślający nowo zdobytą pozycję i rozmiłowanie w wydawaniu pieniędzy na jednoznacznie drogie ubrania napędziły przemysł modowy.

Fragment artykułu “Seks, reklamy i krowie wymiona” z marcowego numeru SHEro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *